Road to Hel – wyprawa rowerowa

Kiedy w kwietniu 2018 roku, po raz kolejny zawiodłem się na gdańskiej komunikacji miejskiej, postanowiłem sobie, że będę do pracy dojeżdżał rowerem. Pogodziłem się wtedy z „góralem” z czasów komunijnych. Stary i ciężki, sprawiał wrażenie jakby kupowany był na wagę. Posiadał jednak istotną cechę – był praktycznie niezawodny.

Początki jazdy „czołgiem” nie były łatwe. Pod względem prędkości czułem się trochę jakbym prowadził fiata 126p po autostradzie. Nie odstraszył mnie fakt, że na drodze dla rowerów wyprzedzali mnie praktycznie wszyscy. Łeb w łeb rywalizowałem z równolegle jadącymi chodnikiem, dziećmi na czterokołowych rowerkach. Mimo wszystko w pracy byłem szybciej, niż gdybym korzystał z tramwaju.

Z czasem pojawił się pomysł, zamiany „antyku” na coś lżejszego. I tak po majowej wypłacie zainwestowałem w rower szosowy. Bez szaleństw, podstawowa wersja z francuskiego dyskontu sportowego. Cienkie koła i dużo niższa waga sprawiły, że jazda zrobiła się dużo szybsza. Problemem jednak stały się dziury w drodze i  krawężniki, przed pokonaniem których, zastanawiałem się teraz dwa razy. Wcześniej, góralem podjechać mogłem praktycznie wszędzie. Cóż, coś za coś.

Sześciokilometrowy odcinek z domu do pracy, stał się dla mnie za krótki. Zacząłem dojeżdżać więc na około. Odwiedzałem te zakątki Trójmiasta, które niewidoczne były zza okna autobusu, kolejki czy tramwaju.

Tak przepedałowałem okres od kwietnia do grudnia. Jesienią do wysiłku mobilizowała mnie aplikacja mobilna – Activy  działająca w ramach konkursu – „Kręć kilometry dla Gdańska”. Dziękuję całej drużynie „Lufthansa Systems Poland” za rywalizację.

Sport ten, zaczął mi sprawiać ogromną frajdę, a rower stał się dla mnie główną formą transportu. Zadowolenie szło razem w parze ze zgubionymi kilogramami.

Z czasem okazało się, że Trójmiasto dla moich dwóch kółek to za mało i tak wpadłem na pomysł przejechania trasy w kierunku Helu.

Mimo, iż Półwysep mamy na wyciągniecie ręki, to jakoś zawsze był nam nie po drodze. W sezonie nabity turystami do granic możliwości, odstraszał nas skutecznie.

Wspólny (z Izą) wyjazd na Hel zaliczyliśmy dopiero w czerwcu ubiegłego roku (dzięki Rafał za auto). Jak by tego mało po drodze utknęliśmy w innym codziennym pewniaku na trójmiejskich drogach tj. korku spowodowanym kolizją na obwodnicy.

Wracając jednak do wyprawy rowerowej, to plan zakładał jednodniową wycieczkę na Półwysep, poranny start z Gdyni i popołudniowy powrót z Helu do Sopotu tramwajem wodnym. Ten poza sezonem wypływał o godzinie 16:20. Plan trasy wyglądał następująco.

Dzień wyjazdu 14.09.2018 r.

Do stacji Gdynia Grabówek dotarłem…opóźnioną SKM-ką. Około godz. 9:00 ruszyłem rowerem  ul. Hutniczą i Pucką w kierunku Obłuża. Zwolniłem na pierwszym podjeździe, a dokładnie stromej serpentynie przy ul. Czernickiego.

Jadąc ul. Wiejską dojechałem do Kosakowa. Znajduje się tu słynne lotnisko, z którego mam nadzieję, wkrótce dolecimy samolotem do Portu Lotniczego w Gdańsku.

Przez miejscowość przebiega trasa rowerowa PZP – Pierścień Zatoki Puckiej, której się trzymałem.

W Pierwoszynie obiłem na wschód w kierunku Mechelinek, niewielkiej miejscowości leżącej nad buchtą. Z tutejszego molo podziwiałem okolicę.

Rzut oka w kierunku Torpedowni w Babich Dołach.

Wróciłem na główną trasę i trzymając się wspomnianego szlaku PZP dojechałem do Rewy. Znajduje się tu Cypel (gwarowo zwany Szperk) – wąski piaszczysty pas rozdzielający bardziej słone, chłodniejsze wody płynące od strony Gdańska, od tych ciepłych ze strony Pucka. Do miejsca prowadzi Aleja Zasłużonych Ludzi Morza, na której końcu znajduje się krzyż poświęcony ofiarom morza.

Ruszyłem dalej. Niestety od tego momentu skończyło się rumakowanie. Drogę na tym odcinku stanowiły szerokie betonowe płyty (również te w wersji jumbo), zniszczony asfalt, utwardzony wał albo szuter. Dla szosówki wycieczka po takim podłożu to był płacz. W tym momencie zatęskniłem za leciwym „góralem”.

Poniżej zdjęcie tablicy a na niej napisana złota myśl: „Od firmy mniam mniam! Dbaj o cały sprzęt i klucze tak samo jak my staramy się dbać o Was! Szerokiej drogi!”

Podróż w takich warunkach zdecydowanie zrekompensowało mi położenie trasy. Napotkałem lasy, ze stojącymi na ich skraju ambonami łowieckimi, czy też łąki pełne snopów siana i rosnących gęsto wysokich traw.

Po drodze minąłem „Kaszubską Atlantydę”. Niektórzy mogą mieć niezłą „Bekę”, ale tak właśnie nazywała się miejscowość, która opustoszała po II wojnie światowej. Dziś po osadzie rybackiej pozostały fundamenty oraz stojący nad brzegiem krzyż. Beka stanowi Rezerwat Przyrody.

Przejeżdżając przez Osłonino dotarłem do dawnej rycerskiej i rybackiej osady – Rzucewo.

Podziwiać tu można XIX-wieczny neogotycki pałac, pełniący dziś funkcję hotelu. Jego nazwa „Zamek Jan III Sobieski” nawiązująca do polskiego króla, nie jest tu przypadkowa. Jak głosi legenda, aleję lipową łączącą Rzucewo z Osłoninem zasadził sam Król, w czasach kiedy właścicielką wsi była jego siostra – Katarzyna.

Zatrzymałem się przy tutejszym molo, cegielni oraz parku kulturowym „Osada Łowców Fok”, który poświęcony jest plemionom dawniej zamieszkującym ten obszar.

Jadąc (mającą za sobą lata świetności) asfaltówką, dojechałem do Pucka. Historia miejscowości od zawsze związana była z morzem. Tutaj w XVI wieku m.in. stacjonowała słynna flota kaperska (królewska) składająca się z uzbrojonych statków handlowych. Natomiast w 1920 roku założono w Pucku pierwszy port wojenny II Rzeczypospolitej. Akcenty morskie widoczne są również w herbie miasta, do którego nawiązuje monument znajdujący się na rynku.

Do ryby będącej godłem Pucka z czasem dołączył lew. Pierwsza z wersji zakłada, iż król zwierząt odnosi się do symbolu Szwecji, a dokładnie do wygnanego ze Skandynawii, a będącego w latach 1457-1460 władcy Pucka – Karola Knutssona Bonde. Druga wersja stanowi, iż to pobliski Gdańsk użyczył jednego z lwów ze swojej tarczy.

Jadąc urokliwymi (sąsiadującymi z rynkiem), wąskimi uliczkami, dotarłem nad przystań. Z pobliskiego mola przyglądałem się okolicy.

Mijając Farę i fundamenty zniszczonego zamku, wjechałem na sąsiadującą z zatoką trasę R10 – (EuroVelo 10). Malowniczy szlak ciągnie się wzdłuż Bałtyku. Niektórzy nawet uwieczniają go na płótnie.

Moja szosówka tęskniła za taką równą nawierzchnią, która poprowadziła mnie przez punkt obserwacyjny Kaczy Winkiel, wiatrakowe Swarzewo, aż do Władysławowa.

O tym, że „Władek” jest jednym z najpopularniejszych kurortów nad polskim morzem przekonałem się dość szybko. Odbijając na zachód, przeciskając się przez zatłoczone ulice, dotarłem do Ośrodka Przygotowań Olimpijskich w Cetniewie. Przy okazji poznałem sekret diety naszych atletów.

Kierując się Aleją Gwiazd Polskiego Sportu dotarłem na tutejszą plażę. Amerykańskie budki ratownicze ze Słonecznego Patrolu mieszają się z tu parawanami.

Stąd pojechałem w kierunku Domku Rybaka. Budynek ze względu na rozmiar i przepych porównuje się do warszawskiego „Pałacu Kultury”. Dawniej znajdował się tu hotel dla rybaków. Dziś to siedziba Urzędu Miasta oraz wieża widokowa.

Opuściłem największy port rybacki w Polsce. Do mety pozostała mi jedynie 35 kilometrowa „prosta” na Hel. Problemem okazał się czas, a dokładnie jego brak. Na pokonanie dystansu miałem jedynie 2 godziny, a to za mało by dojechać do mety i przy okazji odwiedzić zaplanowane wcześniej atrakcje Półwyspu Helskiego. Wdrożyłem więc plan „B” czyli powrót z Helu do Trójmiasta pociągiem ruszającym około godziny 18:30.

Kolejny przystanek zrobiłem w Chałupach. Miejscowość ta uznawana jest za Polską stolicę amatorów wodniactwa. Płytki brzeg stanowi idealne miejsce do uprawiania wind- i kitesurfingu. Położone wzdłuż zatoki kempingi, połączone ze szkołami pływania, ciągną się tu kilometrami.

Nucąc słynny przebój Zbigniewa Wodeckiego „Chałupy Welcome To” odwiedziłem tutejszą plażę. Pusto. Brak golasów i tekstylnych. Nie ma też Pana Zbigniewa. Wróciłem myślami do wizerunku wokalisty, upamiętnionego na jednym z gdańskich murali.

Gdański mural autorstwa trójmiejskiego artysty – TUSE.

Ruszyłem dalej wzdłuż zatoki. Na tym odcinku szerokość Półwyspu jest najwęższa i wynosi około stu metrów. Wielokrotnie fragment ten zalewało morze przez co z reszty terenu tworzyła się wyspa.

Dotarłem do Kuźnicy. W porcie przyglądałem i przysłuchiwałem się pracującym tutaj poławiaczom – „ludziom morza”. Dźwięczny język, którym się komunikowali, przypomniał mi, że jestem na Kaszubach. Corocznie 28 czerwca rusza stąd Morska Pielgrzymka Rybaków, którzy po zakończeniu mszy w pobliskim kościele, płyną do Pucka. Odbywa się tu również Marsz Śledzia, czyli piesze zawody polegające na pokonaniu 12 km płytkiego odcinka Zatoki, łączącego Kuźnicę z Rewą.

Opuściłem miejscowość i po około 10 minutach kręcenia pedałami, tuż przed wjazdem do Jastarni, ukazały mi się… trzy awionetki samoloty turystyczne. Stały one na trawiastym lądowisku.

Miejsce przyciąga fanów lotów widokowych i sportów ekstremalnych. Żałuję, że w tym momencie, żadna z maszyn nie lądowała ani nie wzbijała się powietrze.

Za chwilę, byłem już w centrum miasta. Na tutejszym molo zrobiłem dłuższą przerwę. Na tyle dłuższą, że do odjazdu pociągu z Helu pozostała mi godzina. A gdzie czas na zobaczenie Juraty i Helu? Do pokonania miałem około 20 km, w tym niewygodny leśny odcinek. Odpuściłem zwiedzanie latarni morskiej i chaty rybackiej, które znajdują się  w Jastarni.

Po około 5 km jazdy dotarłem do perły Półwyspu Helskiego – Juraty. Miejscowość wzięła swą nazwę od litewskiej bogini morza, która zamieszkiwała znajdujący się na dnie Bałtyku,  bursztynowy zamek.

Jurata od lat jest jedną z najbardziej ekskluzywnych lokalizacji nad polskim morzem. Przyciąga osoby z pierwszych stron gazet. Znajduje się tu m.in. letnia rezydencja prezydenta RP.

Największą zaletą tutejszej drogi dla rowerów wykonanej z kostki brukowej z zaokrąglonymi brzegami są długie proste krawężniki, mknąłem więc po nich.

Natomiast trasa od Juraty na Hel prowadzi przez las. Wjechałem więc na jezdnię i już praktycznie do końca trasy trzymałem się asfaltu. Na drogę dla rowerów zjechałem przy znajdującym się na rogatkach miasta, Muzeum Helu.

Kolaż zdjęć z naszej wyprawy na Hel w czerwcu 2018 r.

Na Dworcu PKP, zakupiłem bilety, dla siebie oraz jakimś cudem jedną z miejscówek na rower.

Do odjazdu pociągu do Gdyni pozostało mi około 30 minut, więc ile sił w nogach ruszyłem w kierunku Cypla. Na ostatnich metrach przed plażą towarzyszyła mi ogromna euforia. W głowie grał mi Chris Rea piosenkę „The Road to Hell”.  Po chwili dotarłem do miejsca, gdzie jak mówi tutejszy monument zaczyna się Polska.

To była moja pierwsza tak daleka trasa. Nie udało się tak jak planowałem zrealizować wszystkich założeń, ale to nie było najważniejsze w tej podróży. Chciałem spokojnie cieszyć się z odwiedzin każdego z miejsc na trasie i  to w dużym stopniu się udało.

Rowerową podróż na Hel polecam wszystkim fanom dwóch kółek. Trasa jest niezwykle malownicza. Od lasów, łąk, pomostów, zamków, militariów po góry piasku. Przy okazji można poczuć kaszubski klimat. To prawie stukilometrowy szlak pełen wrażeń.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s