Trolltunga + Bergen czyli męska wyprawa na 60. urodziny

„Wkrótce się Tobie przydadzą, musisz je rozchodzić, przy okazji zarezerwuj sobie ostatni weekend sierpnia” – powiedziałem enigmatycznie mojemu Tacie, wręczając parę butów przystosowanych do wędrówki po górach. Sytuacja miała miejsce w maju br. w dzień Jego 60. urodzin. Mimo nacisków nie zdradziłem ani słowa więcej. Tak zacząłem realizować plan, męskiej wyprawy do norweskiego Bergen.

 

Trochę wstyd się przyznać, ale mimo,  iż jestem grubo po 30., a Tata już 60. to wspólnych wypraw nie mieliśmy wcale! Zwykle w dalszą podróż wyjeżdżaliśmy całą rodziną, oczywiście nie licząc wakacyjnych kolonii.

Długo myślałem nad tym co wręczyć sześćdziesięcioletniemu mężczyźnie, który wybudował dom, zasadził drzewo i ma syna. Chodziło mi po głowie zrobienie czegoś unikalnego. Tak powstała idea męskiej podróży do Skandynawii.

O konkretach wyprawy poinformowałem Tatę pod koniec lipca. Plan zakładał przelot na weekend do Bergen, wypożyczenie auta i przejazd w kierunku słynnej skały Trolltunga – Języka Trolla, której „zdobycie” miało być wisienką na torcie.

Ucieszyło mnie zaangażowanie Ojca, który sumiennie ćwiczył, spacerując kilkanaście kilometrów tygodniowo.

 

Piątek

„Bergen?” to pierwsza rzecz, która rzuciła nam się w oczy na norweskim lotnisku. Napis usytuowany przed terminalem idealnie oddawał stan emocji, które nam towarzyszyły. Chciało się rzec, co my tu robimy? Wszystko szło nie po naszej myśli.

W maju, kiedy gotowy był już plan wyjazdu, Wizzair pozwolił sobie zmienić rozkład lotów na niestety mniej korzystny. Poranny kurs z Gdańska do Bergen zastąpiono popołudniowym. To zmusiło nas ostatecznie do modyfikacji trasy podróży.

Dodatkowo nasz piątkowy przylot, idealnie zsynchronizował się z weekendowymi korkami w drugim co do wielkości mieście w Norwegii. Jakby tego było mało, zamieszanie na drodze i lotnisku potęgowała pogoda, a dokładnie ulewy. Te wraz z intensywnym wiatrem doprowadziły do tego, iż wylądowaliśmy za drugim podejściem. Nie pomogła nam również wypożyczalnia samochodów, która na liście uszkodzeń naszego auta oznaczyła trzy pozycje, a my na dobry początek znaleźliśmy ich ponad 10.

Wszystkie wyżej wymienione czynniki spowodowały, iż nasz pierwotny plan przejazdu do punktu widokowego do Stegastein stał się nierealny. Wyjeżdżając z Bergen mieliśmy ponad 1,5 godziny opóźnienia.

Po drodze w Kokstad, zatrzymaliśmy się na zakupy w supermarkecie Rema 1000. Następnie obraliśmy kurs w kierunku miejscowości Odda, która stanowiła nasz punkt wypadowy na główny cel wyprawy – Język Trolla.

Gęste krople na szybach, utrudniały nam podziwianie krajobrazu Norwegii. Intensywny deszcz odpuścił dopiero w okolicach Vossevangen. Odbijając z trasy postanowiliśmy zobaczyć pobliski kaskadowy wodospad Tvindefossen.

Ten cud natury narobił nam apetytu i po ponad 20 minutach dojechaliśmy do punktu widokowego w Stalheim. Tutaj zawróciliśmy i ruszyliśmy w kierunku Oddy.

 

Poniżej samoobsługowy warzywniak, jeden z wielu napotkanych na tej trasie. Za wybrany  produkt płaci się wrzucając pieniądze do kasetki.

Gospodyni pokoju wynajętego na Airbnb przywitała nas tuż przed 22:00. Rozmawiając z nią o naszych planach wejścia na skałę Trolltunga, dostaliśmy wskazówki dotyczące najwyżej położonego parkingu na drodze do Języka Trolla.

W związku z tym, iż miejsc postojowych jest tam zaledwie 30, to kolejki ustawiają się tam już od godziny 5:00. Cena to „jedyne” 600 Koron. Ze względu na korzystną prognozę porannej pogody i oszczędność nóg, postanowiliśmy iż wybierzemy się skoro świt na jeden z najdroższych parkingów świata.

 

Sobota

 

Budzik nawet jeszcze nie śmiał myśleć by zadzwonić, a Tato był już gotowy. Szybsza niż zakładaliśmy pobudka pozwoliła nam wcześniej opuścić Oddę i po około 30 minutach jazdy, około 4:35 zameldowaliśmy się przed wjazdem na górny parking „Języka Trolla”. Byliśmy siódmym autem w kolejce. Jak się później okazało, przed nami czekały już ekipy z Białegostoku i Nowego Targu. W lusterku obserwowałem jak szybko formowała się kolejka pojazdów. Wszyscy oczekiwaliśmy chwili, aż szlaban „pójdzie” w górę,. Tak się stało o godz. 5:30. Po uiszczeniu opłaty, jadąc krętą, około 3 km drogą dotarliśmy do górnego tarasu. Powoli przejaśniało się, delikatnie mżyło. Po przepakowaniu ruszyliśmy w ponad 10 km trasę.

 

Pierwsze 1500 m szlaku poszło nam gładko. Delikatne wzniesienia i kładki nie sprawiły nam problemu. Zaskoczyło nas kilka chat, usytuowanych się na tej wysokości. Najtrudniejszy etap trasy napotkaliśmy na drugim kilometrze. Podejście po skalistych schodach, a następnie pokonanie płaskich, stromych, śliskich płyt odczuliśmy w nogach.

 

Idąc przyglądaliśmy się z niedowierzaniem jaka jest tu różnorodność formacji skalnych.

W około połowie trasy napotkaliśmy przedsmak tego co czeka na nas dalej.

 

Na ostatnich kilometrach pofałdowanej trasy napotkaliśmy kilkanaście rozstawionych tu namiotów. Zazdrościliśmy tym co przy takim widoku witali dzień.

 

Wreszcie po ponad 3 godzinach marszu okazał się naszym oczom wiszący nad fjordem – „Język Trolla”.

Schodząc po metalowych uchwytach na niższy poziom, ustawiliśmy się w kilkunastoosobowej kolejce do pamiątkowego zdjęcia.

Kiedy powoli nadchodziła nasza tura by pokazać język trollowi, ten buchnął parą! Nie wiemy co to był za znak, ale po chwili wszystko wróciło do normy, nawet zaczęło świecić słońce.

 

 

Kolejne kilkanaście minut spędziliśmy podziwiając ten cud natury. W euforii nawet nie poczuliśmy jak zastygliśmy. Powrót na parking był podobnie intensywny. Na trasie panował coraz większy ruch, przypadkowych turystów w klapkach trudno było odnaleźć. Co niektórzy przyglądali się temu miejscu z pokładu awionetki.

 

Kilka łyków herbaty z termosu później.

 

Po godz. 13:00 zameldowaliśmy się przy samochodzie. Naszym kolejnym celem było Bergen, gdzie zarezerwowany mieliśmy nocleg. Na powrót wybraliśmy inną trasę niż tą jaką jechaliśmy dzień wcześniej. Po drodze odwiedziliśmy ponownie Oddę i m.in. znajdujący się obok niej wodospad Latefossen.

 

Podczas jazdy, pokonaliśmy znajdujący się pod lodowcem i liczący 11 150 metrów Tunel Folgefonna. W Jondal skorzystaliśmy z płatnej przeprawy promowej by dostać się na drugi brzeg do Torvikbygd.

 

Podczas podróży pogoda zmieniała się jak w kalejdoskopie. W ulewie podziwialiśmy znajdujący się niedaleko Norheimsund cud natury Steinsdalsfossen.

 

Pod wieczór, w ulewie, zameldowaliśmy się w naszym hotelu Scandic Kokstad znajdującym się na przedmieściach Bergen. Po gorącej kąpieli i kolacji oczy same zamknęły się nam do snu.

 

Niedziela

Zregenerowani około godz. 7:00 rozpoczęliśmy dzień. Po śniadaniu, tuż przed 8:00 ruszyliśmy do oddalonego o 15 km Bergen. Wjazd do miejscowości kosztował nas 25 NOK (cena zależy od dnia tygodnia jak i godziny). Plusem zwiedzania miasta w niedzielę jest fakt, iż większość parkingów jest darmowych. Nam się udało znaleźć miejsce postojowe przy ulicy Finnegardsgaten, w sąsiedztwie stacji Fløibanen, skąd kolejką wjechaliśmy na punkt widokowy Fløyen. O tej porze byliśmy tu praktycznie sami. Panorama przypominała mi tą z Wzgórza Aksla w Ålesund.

 

Jeden z kierunków – strefa dla palaczy.

Około 30 minut później zjechaliśmy z powrotem na dół. Wraz ze zmianą wysokości zmieniła się też i pogoda. Zaczęło padać. Nie była to jednak dla nas niespodzianka, gdyż jak żartują mieszkańcy miasta, takich dni jest tu około 300 w roku! Statystyki mówią jednak, że jest ich „zaledwie” 213, a najdłuższa passa deszczowych dni z rzędu zatrzymała się na 84 dobach! Chciałoby się rzec przegwizdane! Nic z tych rzeczy. To kolejna ciekawostka, gdyż w mieście obowiązuje zakaz gwizdania! Początki tego przepisu sięgają 1700 roku, kiedy wydawanie głośnych dźwięków zaczęło irytować grupę tutejszych pietystów – wyznawców nurtu religijnego. Prawa do dziś nie zmieniono, na szczęście za to wykroczenie od ponad 200 lat nie wymierzono nikomu kary.

 

W kroplach deszczu zaczęliśmy zwiedzać reprezentacyjną część miasta – Bryggen. Szereg drewnianych, kolorowych domków to wizytówka Bergen. Różnobarwna elewacja budynków to doskonały kontrast do panującej tu aury. Spacerując między kroplami deszczu podziwialiśmy wąskie uliczki tej wyjątkowej dzielnicy. Czuliśmy się jak w skansenie. W powietrzu unosił się zapach mokrego drewna.

 

Upuszczając Bryggen, idąc wzdłuż mariny odwiedziliśmy pobliski Targ Rybny – Fisketorget.

 

Deszcz zamieniając się w ulewę spowodował, iż zakończyliśmy zwiedzanie miasta. Ruszyliśmy w kierunku lotniska. Po załatwieniu formalności z samochodem, jeszcze raz przyjrzeliśmy się napisowi „Bergen?” Patrząc przez pryzmat naszej wycieczki znak zapytania zamienilibyśmy na wykrzyknik!

 

Weekend w Bergen na długo pozostanie w naszej pamięci. Pokazaliśmy Język Trollowi, rzuciliśmy okiem na Bergen z wzgórza – Fløyen, czy zobaczyliśmy jak żyje się kolorowo w dzielnicy Bryggen.

Nie to jednak w tej wycieczce było priorytetem, najważniejsze że dokonaliśmy tego w rodzinnym, męskim gronie. Mam nadzieję, że kolejna wspólna wyprawa odbędzie się szybciej niż za 3 dekady. Dzięki Tato jeszcze raz, 100 lat!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s