Włoski klasyk. Lombardia: Mediolan + Jezioro Como + Bergamo

W grudniu 2016 r. stanęliśmy przed tradycyjnym dylematem „Co kupić rodzicom na Święta?”. Opcja kolejnego krawata, swetra z reniferem czy skarpetek jakoś nas nie przekonywała. Poprosiliśmy więc Mikołaja o wręczenie rodzicom vochuera na podróż z nami.
Co najmniej raz w tygodniu pojawiają się na forach podróżniczych oferty tanich przelotów w region włoskiej Lombardii. Nie ma więc opcji, by nie zauroczyć się zdjęciami jeziora Como, mediolańskiej katedry, czy Starego Miasta w Bergamo. Tak też zrodziła się chęć, zobaczenia w/w miejsc przez moich rodziców.
Rozumieliśmy ich doskonale, gdyż sami ponad 3 lata temu odwiedziliśmy ten region i zakochaliśmy się w nim od pierwszego wejrzenia, zresztą tak jak w samej Italii.
Kolejnym krokiem było wyszukanie optymalnego terminu. Kompromisem okazała się końcówka marca 2017 roku – z coraz cieplejszą aurą i grubo przed sezonem tj. bez tłumu turystów. Wylot w sobotę, powrót we wtorek pasował całej naszej czwórce. Bilety za około 100-130 zł (w zależności od zniżki) na loty Wizzair+Ryanair wykupiliśmy w styczniu br. Nocleg zarezerwowaliśmy w sprawdzonym wcześniej hotelu typu B&B w centrum miasta.

25.04.2017 r.

W sobotnie południe zameldowaliśmy się na lotnisku w Gdańsku. Odprawa minęła sprawnie i po godz 14:00 ruszyliśmy w kierunku Włoch. Sam lot był bez historii w przeciwieństwie do tego, który wykonał (chwilę przed naszym startem) Kamil Stoch, bijąc rekord na „mamucie” w Planicy.
Po niecałych 2 godzinach, przy pięknej pogodzie wylądowaliśmy w Bergamo. Na lotnisku widać było zaostrzone środki ostrożności związane z przebywającym w tym czasie w Lombardii Ojcem Świętym.
Po przylocie, udaliśmy się w kierunku przystanku komunikacji miejskiej znajdującego się tuż przy wyjściu z terminala. W automacie kupiliśmy bilety po 2,30 Euro za sztukę, ważne 90 minut i umożliwiające transport w ramach 3 stref miasta tzw. taryfa C. Warto o tym pamiętać, ponieważ w/w bilet umożliwia wjazd kolejką (Funiculare) na górujące nad miastem Città Alta (Stare Miasto) i jeszcze wyżej położony punkt widokowy – San Vigilio.
My jednak najpierw chcieliśmy odwiedzić nasze miejsce noclegu. Po ponad 20 minutach jazdy autobusem wysiedliśmy w centrum miasta przy Porta Nuova. W tam znajdującym się supermarkecie Carrefour (wejście przez sklep OVS) zrobiliśmy zakupy i wtedy zalogowaliśmy się w pobliskim hotelu.
Powoli zapadał zmrok. Nie traciliśmy czasu, zostawiliśmy bagaże i ruszyliśmy w miasto. Spacerując przy Piazza Pontida trafiliśmy na miejski festyn.

Przy włoskiej kawie, winie, pizzie i lodach podziwialiśmy występy lokalnych artystów. W głowie mieliśmy jedną myśl – „Chwilo trwaj…”.

26.04.2017 r.
Plan na niedzielę był jasny, zobaczyć Jezioro Como. Lekko niewyspani (co było związane oczywiście ze zmianą czasu na letni, a nie trudem wczorajszego dnia) ruszyliśmy w kierunku dworca kolejowego. Ponure, ciemne chmury nad Bergamo rozświetliła „lampka”, która włączyła się nam, gdy zobaczyliśmy jadącego na hulajnodze – Człowieka Banana. Spojrzeliśmy ze zdziwieniem na siebie, by upewnić się, czy wszystko z nami ok?
W automacie zakupiliśmy bilety do Lecco po 3,60 €. Z peronu bocznego (1 Ovest tj. zachodniego) znajdującego na prawo po wejściu na stację, ruszyliśmy do wspomnianej wcześniej miejscowości.
Po ponad 30 minutach jazdy pociągiem dojechaliśmy do celu. Idąc z dworca (przed siebie) doszliśmy do jeziora, nad którym wisiało „mlecco w Lecco”.

Spacerowaliśmy wzdłuż linii brzegowej podziwiając uroki tego miejsca. Połączenie gór i wody robi ogromne wrażenie, nawet przy takiej pogodzie.
Najjaskrawszym elementem, była wywieszona na głównym placu miasta, czerwona flaga Ferrari – włoskiej ekipy z Maronello, której kierowca tego dnia wygrał wyścig na torze w Australii. Tam też zrobiliśmy sobie przerwę na kawę. Kiedy nadeszło południe i z pobliskiego kościoła usłyszeliśmy bicie dzwonów, był to dla nas znak, że pora wracać na dworzec, by ruszyć w kierunku kolejnej miejscowości – Varenny.
Z charakterystycznym dźwiękiem z fary, związana jest inna historia, która zdarzyła nam się ponad 3 lata temu. W ramach Dnia Zdrowia we wspomnianym wcześniej kościele zorganizowany był punkt medyczny. Chętni mogli wykonać podstawowe badania, a dodatkowo zwiedzającym udostępniono możliwość wejścia na dzwonnice. Oczywiście skorzystaliśmy z tej opcji. Widok z góry był niesamowity, mijały kolejne minuty na szczycie w Lecco, a my nie mogliśmy nacieszyć oczu. Wtedy z letargu wyrwał nas gong znajdujących się obok nas dzwonów. Ich bicie przyśpieszyło nasze…bicie serca. Ewakuowaliśmy się błyskawicznie, a przez kolejne minuty musieliśmy do siebie krzyczeć by cokolwiek usłyszeć. Tak było.

Na dworcu kupiliśmy bilety do stacji Varenna- Esino 2.90 € szt. Trasa 22 km pociągiem minęła błyskawicznie, cieszyły nas widoki zza szyby i coraz piękniejsza aura.
Po wyjściu ze stacji ruszyliśmy w kierunku jeziora, zgodnie ze znakami, stromą drogą w dół.

Tu już spacerowaliśmy promenadą, wzdłuż linii brzegowej. Przy skąpanych w słońcu kolorowych kamienicach, spoglądając na odpływające promy, konsumowaliśmy kolejne porcje gellatto.

Tym razem odpuściliśmy sobie zarówno wejście na zamek Vezio jak i rejs promem do Bellagio. Siły musieliśmy zostawić na zwiedzanie Starego Miasta w Bergamo. Z żalem musieliśmy rozstawać się z Como.
Po przyjściu na dworzec okazało się, że w niedzielę kasy są tutaj nieczynne. Automatu brak. Bilety więc kupiliśmy w pociągu, u konduktora. Cena ta sama 2.90 €. Po kolejnej przesiadce w Lecco, dotarliśmy do Bergamo.

Wydawało nam się, że ta zdeptana wzdłuż i wszerz miejscowość niczym już nas nie zaskoczy. A jednak!
Przez moment zastanawialiśmy się, czy nie jesteśmy na karnawale w Rio. Na ulicach miasta trwała feta – święto „Mezza Quaresima” związane z połową Wielkiego Postu. Poranny Człowiek Banan był więc tylko przedsmakiem tego co się działo. Platformy z przebierańcami sunęły głównymi arteriami Bergamo. Towarzyszyły im głośna muzyka, taniec i tony konfetti wystrzeliwane w powietrze. Można było spotkać Cesarza, grupę grających na klarnecie pingwinów, czy Kung Fu Pandę. Całość obserwowały tysiące osób.

Przeciskając się przez tłumy gapiów, doszliśmy w okolicę Porta San Giacomo, skąd kolejką linową udaliśmy się na górny taras miasta.

Tam trafiliśmy na następną imprezę tj. Bergamo Jazz Festival i kolejne tłumy. Spacerując wśród wąskich alejek dotarliśmy do Porta Sant’Alessandro, gdzie wagonikiem dojechaliśmy do najwyższego miejsca w Bergamo – San Vigilio.

W tym momencie zaczęła się nasza walka z czasem. Nastąpiło zgodnie z prognozą załamanie pogody. Szybki rzut oka na miasto, Alpy, i przebijający się na horyzoncie Mediolan. Stolica Lombardii była naszym celem podróżniczym na kolejny dzień.

27.04.2017 r.

Wizytę w europejskiej stolicy mody świadomie zaplanowaliśmy na poniedziałek. Chcieliśmy w ten sposób ominąć weekendowe tłumy odwiedzające to miejsce.
Pociągiem z Bergamo do Mediolanu można dotrzeć na dwa sposoby. Pierwszą, szybszą trasą dojedziemy do stacji Milano Centralew około 50 minut za 5.50 €, natomiast alternatywny kurs w ponad godzinę doprowadzi nas do przystanku Milano Porta Garibaldi za 4.80€. Oba dworce stanowią część sieci metra, dzięki czemu swobodnie możemy przemieścić się w inne miejsca Mediolanu.
My wybraliśmy wersje z dojazdem do Dworca Centralnego. Po pierwsze ze względu na czas, a po drugie, iż sama stacja jest obiektem wartym zobaczenia. Powstała w 1931 roku i wzorowana była na Union Station w Waszyngtonie. Pozostaje jednym z największych węzłów komunikacyjnych w Europie.
Po przyjrzeniu się architekturze dworca, przeszliśmy do stacji metra Milano Centrale. W automacie zakupiliśmy całodniowe bilety na komunikacje miejską za 4.50 €.
Plan zwiedzania miasta ułożyliśmy pod… aurę. Zależało nam, by największą atrakcję, czyli Katedrę zwiedzić przy bezchmurnym niebie (lepsza widoczność) i w słońcu, taką pogodę mieliśmy mieć w samo południe.
Na początek ruszyliśmy w kierunku stacji Cadorna. Na tamtejszym placu obejrzeliśmy igłę i nitkę, czyli symbole miasta podkreślające związek Mediolanu ze sztuką krawiecką.

Stąd też ruszyliśmy do niedaleko położonego Zamku Sforzów – tak tych Sforzów, kojarzonych przez nas z Królową Boną, żoną Zygmunta I Starego.
Obiekt należy do jednej z największych atrakcji stolicy Lombardii, a jego dziedziniec można zwiedzać bezpłatnie. Dodatkowym atutem zamku jest połączenie z Parkiem Sempione. Idąc zielonymi alejkami można spotkać wypoczywające żółwie. Zwieńczeniem parku jest łuk triumfalny Arco della Pace (Łuk Pokoju).

Stąd poszliśmy w kierunku stacji metra Lanza, gdzie (z przesiadką) dojechaliśmy do głównego punktu programu tj. katedry – z wł. Duomo.
Gotycka, marmurowa budowla jest jednym z najpiękniejszych i największych kościołów na świecie. Warto dodać, że za jej kształt odpowiedzialny był m.in. Leonardo da Vinci.
W spokojnym podziwianiu zabytku z zewnątrz, przeszkadzali nami liczni naciągacze oferujący łańcuszki szczęścia, czy ziarna kukurydzy dla gołębi. Warto zachować czujność i mieć oczy dookoła głowy.
Naszym celem było wejście na taras katedry. Kolejka po bilety nie była długa, jednak czynne były zaledwie 2 kasy, w tym jedna dla grup uprzywilejowanych tzn. osób starszych, zorganizowanych wycieczek czy rodzin z dziećmi. Istnieje możliwość zakupu biletów z marżą przez internet na www.ticketone.it. Jednak ze względu na różnorodność opcji na stronie i dla pewności, woleliśmy nabyć wejściówki na miejscu.
Po około 45 minutach udało nam się wreszcie zakupić bilety na taras za kwotę 9 € szt. Po kontroli rzeczy i przebyciu w wąskiej serpentynie ponad 200 schodów weszliśmy na „Dach Mediolanu”. Architektura tarasu jak i widoki z niego robią wrażenie. Warto było swoje odstać i wspiąć się na szczyt budowli.

Po zejściu z niego, przeszliśmy na plac katedralny. Tutaj zaliczyliśmy obowiązkową sesję przed Duomo di Milano i udaliśmy się w kierunku sąsiadującej z kościołem Gallerii Vittorio Emanuela II.
Pasaż mieści luksusowe butiki znanych projektantów mody. W środku obiektu znajduje się mozaika byka nawiązująca do herbu Turynu, czyli odwiecznego rywala Mediolanu. Legenda głosi, iż szczęście przynosi obrócenie się na pięcie na genitaliach byka. To taki mały prztyczek mieszkańców Lombardii w kierunku zachodnich sąsiadów z Piemontu.

Wyjście z galerii doprowadziło nas do pomnika Leonarda Da Vinci i słynnego Teatru La Scala.

Tutaj też swój początek ma dzielnica mody, obejmująca takie ulice jak via Manzoni, Via Montenapoleone, Via Sant’Andrea, czy Via Spiga. Spacerując przyglądaliśmy się licznym pracowniom najsłynniejszych kreatorów mody. Niestety białych skarpet i klapek kubota nie było 😦

Idąc reprezentacyjną ulicą Corso Venezia doszliśmy do stacji metra San Babila, skąd ruszyliśmy w kierunku Porta Genova. Tutaj znajduje się dzielnica „wodna” – Navigli z licznymi kanałami w tym Naviglio Grande, który dawniej łączył miasto ze Szwajcarią. Porównywanie tej części miasta z Amsterdamem czy Kopenhagą jest według nas grubo przesadzone. Spodziewaliśmy się tętniącego życiem miejsca, a zastaliśmy opustoszałą dzielnicę, w większości pozamykanymi knajpami. Może trafiliśmy na taką porę dnia, ciężko powiedzieć. Jednak wśród otwartych restauracji udało nam się trafić na jedną Il Vero Ok przy Ripa Di Porta Ticinese, z pyszną pizzą w rozsądnej cenie (bez popularnego we Włoszech coperto, czyli dodatkowego podatku za nakrycie stołu).

To był nasz ostatni punkt podróży po Mediolanie. Metrem udaliśmy się na Dworzec Centralny skąd pociągiem wróciliśmy do Bergamo.

28.04.2017 r.

Wtorek. Czas żegnać się z Bergamo. Szybka pobudka i przejazd autobusem linii nr 1 (Aeroporto) na lotnisko. To koniec naszej przygody z Lombardią. Po godz. 10-tej mieliśmy lot do Polski. Zgodnie z planem, w południe wylądowaliśmy w Gdańsku.

Podsumowanie
Przedłużony weekend we Włoszech okazał się niezwykle udany. Oklepane Bergamo po raz kolejny nas zaskoczyło, fetą na naszą cześć z okazji połowy Wielkiego Postu. W Mediolanie zwiedziliśmy miejsca, które ominęliśmy poprzednim razem, a Jezioro Como, czy to pochmurne, czy w słońcu zawsze warte jest zobaczenia. Dodać można do tego pyszną kawę, croissanty, pizze czy wino. O atutach mógłbym pisać długo. Dla nas najważniejsze było to, iż spełniliśmy marzenie Rodziców. Dzięki nam Lombardia zyskała kolejnych fanów. Arrivederci!

P.S.

O tym, że we Włoszech motoryzacja traktowana jest jak religia przekonaliśmy się na własne oczy.
W związku z tym, że S.Vettel – kierowca F1 ze stajni z Maranello wygrał weekendowe zawody w Australii, a Ferrari wróciło po dwóch latach na podium to La Gazzetta Dello Sport zabarwiło dziennik na kolor czerwony i poświęciło temu wydarzeniu dużą część wydania.

Więcej o Włoszech wkrótce na profilu https://www.facebook.com/Pinezkiz3city , zapraszamy do polubienia i obserwowania kolejnych naszych relacji. Pinezkiz3city

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s